czwartek, 18 listopada 2010

teraz, gdy wracam, jest juz ciemno. Rozżarzone oczka busika
opluwają jezdnie, zółtą wydzieliną światła i jakoś raźniej się
robi. Za to czekanie na świt trwa teraz kawę z mlekiem i
pół maślanej bułeczki ze strużką miodu. Nie wiem, czy to
wystarczy, żeby nie skończyć w wełnianym swetrze w wagonie
zmierzającym do tego, o czym dumał salvador, pisał proust
i śpiewał sojka.

poniedziałek, 1 listopada 2010

właśnie usiłowałam sprawdzić w google, jakie mam jutro lekcje,
klne po łacinie i pije coś na kształt bawarki, przy czym bawarskość
owa wypływa raczej z niedopłukania kubka, niż szlachetności owego
napoju. Mam teraz mniej czasu niż najambitniejsi bierzmowani
pokolenia młodych kolumbijczyków. -_-



a i więcej nieprzespanych nocy na koncie,
niż dni bez śniadań,
UPRAWIAM DECENTRYZM
zgubiłam projekty
według sorki wu wu, wrzeszcąca japa
robie wszystko na pałe
a i
w dalszym ciągu nikt nie słucha moich
wykładów o bakteriach maślarnych
wszystko jest po prostu ok.