piątek, 30 lipca 2010

wykurwisty the mean world syndrome!



a ty, jesteś tylko taką agresywną formą
bytu której wcale nie potrzeba mi wcale nie potrzeba mi
to twoja powinność- inwestowanie w reżyserię.
I zmień swoją architekturę, bo zmarźniesz.

środa, 14 lipca 2010

że niby spoczko

15.07-25.07
kaszebi,marynarze, brodaci żeglarze a na końcu ratownicy.
jak nic, wrócę zaręczona.


sobota, 10 lipca 2010

dzisiejszy, jeszcze mokry. Chyba 90 x 70
tkwi sobie na sośnie udającej sztalugę.

ja natomiast, dalej tkwię w cholernej bajce o jasiu i małgosi. Siedzę w samym środku
chatki z piernika, i szukam grubych badyli do pokazania zamiast palca.

środa, 7 lipca 2010



W sumie dawno nie pisałam. W sumie, to zrozumiałe w moim fachu, że wątpię sobie czasem w słowa. Skoro jednak z założenia jestem TU, zamiast ordynarnego "tubyłam' na jakiejś emaliowanej ławce, to coś o tej swojej egzystencji warto wyscyzorkować. Pierwsze dni wakacji był super. To taki czas, kiedy życie moje przebiera się jak po przyjściu z pracy. Zdejmuje piórka, arrasy, weneckie maski, ciasne staniki, drapiące wsówki. Wkłada ujebany już do połowy fartuch, gumiaki, czasem, aby dodać sobie swojskiego charakteru, wkłada sobie do rąk rzeźniczy nóż, gotowe do wypatroszenia. Wydawało mi się, że o ile tak zostanie, to w końcu osiągnęłam to po co sięgali buntowniczy bracia write. Zaczęłam wierzyć, że wracam z banicji, z wrogiego mej naturze wygnania. Że dopóki w mojej przestrzeni mieszkalnej była ciepła bierząca woda, sześciopak jogurtów i płątki śniadaniowe to pelikan już nigdy nie wyląduje na pustyni. A kiedy jeszcze mój mikser miksował truskawkowo- mleczny koktajl wierzyłam, na prawdę, że wszystko jest w najlepszym porządku. Wtedy właśnie przyszedł ten nieznośni list, krzyczący, że gównoprawda, że dziewięćdziesiąt procent jest lepsze niż pięć, że człowiek może być rzeczą i że nic ci ludzkie kurwa ma nie być mi obce. Brakowało tylko kapslokowego "JASNE?!" na końcu. No i stało się. Poczułam się jak na sądzie ostatecznym w wierze egipskiej z tym, że nie ważyli mi mojej dobroci i całej reszty człowiekowatych cnót. Na tyym sądzie kwestia ważenia została potraktowana dosłownie. Ale łaagodny system wychowawczy obrali moi rodzice. DUŻO, DUŻO JEDZENIA. Wyobraziłam sobie wtedy jak na atłasowej poduszce będzie leżało to, co zostanie z mojego spalonego ciała. Całe zwęglone na popiół, jakiś lewy czarnoziem, marne ce o dwa i ce ha milion. Ziemskie gówno istoty oświeconej. Jakiś piach czyli EN I C, biorąc pod uwagę liczbę piaszczystych pustyń i plaż na świecie. Od razu było lepiej. I nawet dżemu sobie nie żałowałam ;>













Co poza tym? Nic wieje nudą, przeciętnością i mętnym osadem.
Nic specjalnego nie zrobiłam. Jeden niedokończony obraz, dwa klasery
z skórkami pomarańczy i grejpfrutów. Nawet nie znalazłby się
na liście dobry uczynek. No chyba, że podciągnę pod to
zrobienie siostrze tosta, z czego i tak namaszczony był
masłem czosnkowym którego nie znosi (]:->)
ale chyba w ostateczności i tak nie zostało zidentyfikowane
bo genetyczna powtórka moja, jest odkurzaczem, połykającym
wszystko co ma smak, zapach, kalorie i leży w kuchni.
WIĘC, TAK, JEDEN DOBRY UCZYNEK W WAKACJE.

Ale nie zatrzymuje się w miejscu, więc zło mniej się czepia.

niedziela, 4 lipca 2010







Opanowuję sztukę ' a co mi tam? '
trochę nie wychodzi ale sprężę się -chociażby po to by zobaczyć jak
pempek śpi z głową na plecaku.